Utwór: -.
Kiedy: sobota, 25 października 2008
O której: 21:32:48
komentarze [2]

Aby uaktualnić. Wkrótce.

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: Ciężar.
Kiedy: piątek, 1 sierpnia 2008
O której: 22:58:22
komentarze [5]

Z cyklu: poezja inspirowana.
Adnotacje: już mi wszystko jedno. Nic nie ma sensu.

Konające resztki godności
barwne skrzydło
ścierane
poza granicami

Przywróć mi powietrze
pokaż kolory
napraw krążenie

Zmiażdżona
wyścigowym modelem ambicji
paruję
wokół mnie czas
dmuchana bańka zapomnienia

Dzielę niedotlenienie
na sylaby

Szaleństwo od spodu inny ma kształt
W dużym rozmiarze głowę pochyla
Przeciw naturze zwierzęcy gwałt
Fałszem katuje trzepot motyla

Już barwnik odrywam, pozę przybieram
Nadzieja głupia i pamięć złudna
Ty wzrok odwracasz a ja.. umieram
W oczach swych zawsze zostanę brudna.

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: ..
Kiedy: wtorek, 17 czerwca 2008
O której: 18:01:16
komentarze [5]

Z serii: Proza zainspirowana.
Adnotacje: Pomyślałam, Aniu, że spróbuję napisać coś, co choć w ułamku spełnia Twoje oczekiwania.
Do tytułu pasował mi inny tytuł, piosenki Closterkellera, mianowicie "Smutek Spełnionej Baśni". Ale cóż zrobić.

A Ciebie, Księżniczko E., ściskam bardzo mocno. Potrafisz inspirować.

***
- Jak mnie znalazłaś?
Drobne szmaragdowe płomienie frywolnie igrały w tęczówkowych ziarenkach jego oczu. Gdy tak patrzył z wysokości całkiem dorodnego baobabu, pełen majestatu i potęgi, a jednocześnie z ciepłą nutką zainteresowania, Galaxy nie czuła lęku. Podziwiała. Miała wrażenie, że zaraz usłyszy trzask fiołkowych łusek, przetykanych perłowo-lawendowymi refleksami, że potężne skrzydła jednym uderzeniem wzbiją się do lotu. Mógł jednym machnięciem łapą zmieść z powierzchni ziemi połowę drzew rosnących na tej polanie. Klatka piersiowa unosiła się i opadała w rytm bicia potężnego serca. Ogon zataczał niedbałe ósemki na tle dogorywającego nieba. Wyprostowała ścięgna, zadzierając wysoko łeb.
- Nauczyłam się tam wielu rzeczy bardzo odległych mej naturze.
- Tam? - zapytał z cichym pomrukiem.
- U kresu mej wędrówki.
- Ile czasu minęło?
- Trzy lata.
- Czas – westchnął smutno – Zawsze jest poza moim zasięgiem, nie potrafię go uchwycić, żyje jakby obok mnie – przymrużył oczy, śledząc uważnie Galaxy – Patrząc na ciebie mam wrażenie, że zatoczył koło. Że Sica znów stoi przede mną. W twoich żyłach jednak nie płynie srebrzysta krew.
Kiwnęła twierdząco głową.
- Chciałabym wiedzieć, dlaczego musiała zginąć – szepnęła.
- A ja – dodał spokojnie – jakim cudem dane było ci przyjść na świat. Tutaj nie ma miejsca na cuda i wybryki, wszelkie odchylenia od normy są likwidowane natychmiast. A tobie bylo dane przeżyć.
Wzdrygnęła się z zaskoczeniem.
- Skąd wiesz, że jestem inna?
- Gdybyś wieki odmierzała w godzinach a pory dnia w mrugnięciach powiek, napewno nie zadałabyś tego pytania. Dobrze znałem Sicę. Bez trudu rozróżnię zapach najczystszej krwi jednorożców. Ale trzeba ci przyznać, maskujesz się doskonale. Nawet elfy nie wyczują różnicy, choć ich zmysły słyną z subtelności.
- Nauczyłam się panować nad własnym ciałem – zarżała w odpowiedzi.
- Blanche, słyszałem. Ludzie boją się wymawiać jej imię, bo nie wiedzą do jakiego gatunku zaklasyfikować tą dziewczynę. Wyszkoliłyście się nawzajem do perfekcji.
- Pomogła mi uczynić noc światłem, a zemstę potęgą.
- Galaxy, potomkini Sicy – przerwał, patrząc na nią uważnie – czy zdradzisz mi swój sekret?
- Po to tutaj jestem. Potrzebuję twojej pomocy.
Błękitne oczy rozjarzyły się jaskrawym blaskiem, gdy odkryła przed nim tajemnicę swego pochodzenia. Skrzydła z ostrym i nagłym świstem przecięły powietrze. Smok rozwarł paszczę, wystawiając sławny na cały świat język, podzielony czarnymi bruzdami na sześć części.
- Pegaz – sapnął zaintrygowany – to niemożliwe. Nie powinnaś była się narodzić.
- A jednak.
- Pegazojednorożec. Białe złoto zamiast krwi. Moc zamiast tlenu. Władza i nieśmiertelność.
- Pomóż mi, Sephirahu. Chcę znaleźć mordercę moich rodziców.
- Drzewa szumią o przedziwnej istocie, ni to strzydze, ni wiedźmince, przemierzającej świat na grzbiecie cudownej Jednorogiej. Krople deszczu zostawiają na mych łuskach jęki mordowanych i pokonanych przez was tych, którzy na śmierć zasłużyli.
- Każdy boi się nawet wspomnień o tobie, gdy ogień twych trzewi trawił ludzkie nadzieje, lecz ja nie zamierzam okazywać ci lęku. Największy z Sześciopręgich, Smoku Ostatniej Nadziei, potrzebuję cię.
Sephirah wstał gwałtownie, wyprężąjąc swe wielkie cielsko. Spomiędzy łusek wyciekła odrobina silnie stężonego kwasu solnego, trawiącego bezlitośnie wszystko, co spotkało na swojej drodze. Potrząsnął potężnym pyskiem, zamykając oczy.
- Ta bestia nie jest z tego świata – zaryczał cicho – lecz z pewnością zna brakujący kawałek układanki, który tak bardzo chciałbym poznać.
- Czemu więc jej nie odnalazłeś?
Smok otworzył oczy i spojrzał na nią zaczepnie. Ich spojrzenia przenikały sie wzajemnie, połączone nicią zrozumienia. Galaxy ze zdumieniem zauważyła jak nagle się postarzał. Długo zwlekał z odpowiedzią, ważąc słowa i wahając się nad ich sensem. Nie pospieszała go, czekając cierpliwie. Ostatni promień słońca zniknął za horyzontem, gdy odezwał się potężny głos, tak dziwnie przytłumiony i zrezygnowany.
- Nie śmiałbym. Zbyt bardzo ją kochałem.

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: Upadek.
Kiedy: piątek, 16 maja 2008
O której: 22:45:23
komentarze [5]

Adnotacje: Zagubiona. Bez gniazda. Jakoś tak bardziej. Podwójnie. Dlatego dziś obiad jest dwudaniowy.
Z serii: Poezja inspirowana.
Rozpalona przyspieszonym oddechem
drwiąco dominująca
wskazuję Ci drogę do
samobójczej ekstazy

zarzyj kąpieli w otchłani pragnień
pływając w orgazmiczym śnie
topiąc rozsądek

CZEMU

pocałunek
zmoczył kosmyk
przy mej twarzy

codzienność nie eksplodowała
niewybielone grzechy
kąsają kark

Dreszcze wzmagają napięcie
Naiwność spaja pęczki absurdu
Otchłań rozrywa molekuły przypuszczań

Wszechświat ma płytkie dno.


***
Z serii: Naamah's Child.
Mieszkanie było utrzymane w bardzo nowoczesnej tonacji. Czerwone ściany, białe sklepienia. Mimo to, dużo antyków, szczególnie starożytnych, staroegipskich. Mumie, monumenty, miniatury, zdjęcia. To nie mogło być jej mieszkanie, choć poruszała się po nim z iście kocim wdziękiem. Więc zamieszkała tu tymczasowo? Odnotował w pamięci kolejne pytanie, które będzie musiał jej zadać. Wydawało mu się, że powietrze jest niesamowicie ciężkie, że atakuje, go próbując powstrzymać, przed tym, czego tak bardzo pragnął. Ponownie utkwił w niej wzrok. Szła kilka kroków przed nim, stopami prawie nie dotykając podłogi. Gibka, zmysłowa, pełna seksu. Jednocześnie niezwykle apetyczna i świeża. Obcisłe ubranie dokładnie opinało Jej ciało, eksponując niesamowitą urodę.
- Dokąd mnie prowadzisz?- spytał, odzywając się do niej po raz pierwszy.
Nie odpowiedziała, tylko roześmiała się niezwykle dziewczęco. Coś niezywkle wibrującego i upajającego było dźwiękach jakie wydawała. Skierowała się ku schodom. Czuł moc płynącą z następnego piętra. Tam musiał być jej pokój. Pilnie strzeżone królestwo, do którego z naturalną łaskawością pozwalała wejść wybrańcom. Dreszcze przebiegły po jego niezwykle męsko wyrzeźbionym ciele. Energia, wierna poddana, utrudniała mu każdy krok. Mógł tylko domyślać się w jak wielkim zakresie mogła nią dysponować.
Drzwi do pokoju otworzyły się natychmiast. Całe pomieszczenie wypełniała ona. Jak to możliwie, przecież zmaterializowana stała naprzeciw niego..? Wzrokiem próbował przewiercić ją na wylot. Nie ustępowała mu w tym ani na krok. Poczuli się nieswojo. Coś było nie tak. To nie było zwykłe pożądanie, bezpruderyjność czy wyuzdanie. Coś tkwiło w tej cienkiej nici, która łączyła coś więcej niż tylko ciała. Odsunął się od drzwi, o które dotąd się opierał. Dotknął palcem wskazującym Jej ust. Były pełne i lekko wilgotne. Pocałunek był najnaturalniejszym odruchem obu stron. Namiętny. Pełen pożądania i pasji. Oparł Ją o ścianę. Oplotła go swoim udem. Oderwali się od siebie, zmęczeni wzajemną łapczywością.
- Kim jesteś?- spytał, dysząc.
- Ojcem mym Lucyfer, a matką Naamah- powiedziała szeptem.
- Jesteś ICH córką? Pozwolili Ci TU się zjawić?
- Nikogo nie pytam o zdanie- prychnęła kobieta- A ty to kto?
- Syn Lokiego.
- Fenrir?!- zaskoczona demonica próbowała go odepchnąć, ale on, przewidując tą reakcję, trzymał ją mocno.
- Tak, to ja- mruknął wprost do jej ucha i zaczął całować po szyi.
- Wszyscy zastanawiali się, gdzie jesteś- jęknęła zdezorientowana, lecz momentalnie jej wyraz twarzy uległ zmianie. Uśmiechnęła się prowokująco. Kochała bawić się mężczyznami, podniecać ich do granic możliwości, zniewalać ich samą sobą, uzależniać, wykorzystać.. i wreszcie porzucać, już wyeksploatowanych, zużytych, zakochanych. Czyż nie mogła zrobić tego samego z Nim?
- Nie poznaliśmy się. Tam wszystko wygląda inaczej, oszołamia, wymaga pokory i oddania. Pomyśl, jakiś czas temu musiałem oddawać Ci pokłon, a dzisiaj pieszczę Twoje ciało.
- Tylko dlatego, że Ci na to pozwalam..
- Nie. Masz inny powód. Pragniesz mnie- szepnął zmysłowo. Znieruchomiała zaskoczona, by zaraz parsknąć śmiechem, którego brzmienie sprawiło, że poczuł dreszcz w podbrzuszu.
- Fen, to ty mnie pragniesz. Myślisz, że nie wyczuwałam twojej energii? Zużyłeś jej całe mnóstwo, by bezskutecznie mnie poszukiwać. A ja śmiałam się z Ciebie, z twojego pożądania. I co teraz? Drżysz na samą myśl o gładkości mojej skóry. Wijesz się na samą myśl o smaku moich ust..
Jej słowa zamiast być kubłem zimnej wody, rozpaliły go jeszcze bardziej. Wsunął rękę pod Jej spódniczkę, dotknął wewnętrznej strony ud i zaczął pieścić. Nawet nie drgnęła, kontynuowała swój kąśliwy monolog, ale on już nie był w stanie słuchać. Przeniósł palce na Jej bieliznę, poczuł rozkoszne ciepło. Westchnął głęboko. Jednym zdecydowanym pociągnięciem zerwał z Niej seksowne stringi. Dotknął Jej ostrożnie. Była wilgotna, ale nie tak jak się spodziewał. Jeszcze nie podniecił Jej dostatecznie. Uśmiechnął się lubieżnie. Wszystko przed nim. Przejechał palcami po całej długości Jej szparki. Zahaczył o łechtaczkę, ale tylko przelotnie, gdyż to nie ona była celem jego wędrówki Zawrócił gwałtownie i wszedł w Nią jednym palcem. Zaczął Ją nim penetrować; była niesamowicie ciasna, a on tak podniecony, że wbił się bez namysłu drugim.
Wtedy dopiero na nią spojrzał i zrozumiał, o czym mówi.
- Marzyłeś, by włożyć we mnie swoje palce, rozcierać moje soki.. Chciałeś doprowadzić mnie do erotycznego, spazmatycznego szału. Myliłeś się. To ja nauczę Cię rozkoszy.
Stykali się nosami. Patrzyła mu prosto w oczy, uśmiechając się ironicznie i prowokująco. Nadal obejmowała go swoim udem. Nagle drgnęła. Zaczęła kręcić biodrami, sama nadziewając się na jego palce. Czuł, że z każdym ruchem coraz bardziej zagłębia się w Jej wnętrzu. Zaczęła zaciskać i rozwierać mięśnie swojej pochwy.
Nadal patrzyła na niego niewzruszenie. Drżał spazmatycznie, dyszał głęboko. Doprowadzała go do szału, na sam skraj erotycznej wytrzymałości, a to przecież on Ją pieścił.
- Przestań..- wydusił bezgłośnie.
Roześmiała się dziko i wbiła się w jego usta. Poczuł jej język, który momentami zachowywał się nieśmiało, niczym niedojrzałej nastolatki, innym razem atakował ze zwierzęcą drapieżnością i lubieżnością.
Przerwał jej ruchy, chwycił wolną ręką udo, drugą nadal pozostawił w pochwie i podniósł Ją do góry. Objęła go obiema nogami, poczuł jak palce ślizgają się w jej wnętrzu. Położył demonicę na łóżku. Stanął przed Nią nagi, pożądliwym wzrokiem wpatrując się w niesamowite ciało. Ona też była zachwycona. Nie musieli się rozbierać- prawdziwa potęga nie potrzebuje powłok rzeczywistości.
Runął na nią, rozwierając jedwabiście gładkie uda i atakując swoim rozpalonym językiem ciasnotę Jej szparki. Wwiercał się w nią gwałtownie, by za chwilę zastąpić go palcami, a przyssać się do łechtaczki. Wtedy przez jej ciało przeszedł dreszcz, by wniknąć głęboko, wzbudzając energię na wyższy stopień ekstazy. Odchyliła głowę to tyłu. Żaden śmiertelnik nie doprowadził jej do takiego stanu. Rozchyliła szerzej nogi i wyrzuciła biodra ku górze. Zaskoczony siłą tego ruchu został zepchnięty na plecy. Jego rozpalenie nie miało hamulców. Chwycił ją zręcznie za talię, uniósł i posadził na swoim torsie. Zrozumiała, uśmiechnęła się, wysuwając język. Przesunęła się i klęknęła tak, by swoją szparką dotknąć jego twarzy. Na to czekał. Kontynuował pieszczoty, czując jak porusza biodrami, ocierając łechtaczką o jego wargi i nos. Upajał się chwilą, spijając łapczywie jej soki, których sam smak przyprawiał o skurcze na prąciu. Rękami sięgnął do jej cudownych piersi. Wiła się nad nim, mrucząc i dysząc na przemian.
Wreszcie nie wytrzymał. Zrzucił ją z siebie. Upadła na plecy, chichocząc dziewczęco. Dopadł do niej i przyssał się do piersi. Lizał małe, ale niesamowicie jędrne i twarde sutki, zataczał ósemki aż do rowka pomiędzy nimi. Swoim członkiem ocierał się o szparkę, która wręcz pływała w jej sokach, wymieszanych z jego śliną. Chwyciła go za twarz i pocałowała. Wszedł w nią jednym ruchem, aż po sam koniec, idealnie wypełniając i rozkoszując się ciasnotą jej wnętrza. Jęknęli jednocześnie. Robili to, czego nie mógł im dać nikt inny na świecie. Oboje na skraju ekstazy, wyginali się w łuk przy każdym ruchu. Orgazm dopadł ich prawie jednocześnie. Fenrir eksplodował, gdy tylko poczuł rytmiczne skurcze jej pochwy. Spełnienie było niczym wybuch wulkanu, pozbawiało energii, otumaniało, przenosiło w inny wymiar. Spojrzeli w swoje zamglone oczy- lśniły czerwienią.

Spał. Jeden czarny kosmyk włosów niesfornie spływał mu na czoło, nadając twarzy młodzieńczego wyglądu. Powieki co pewien czas drgały niespokojnie. Wpatrywała się w niego z uwagą, studiując każdy centymetr. Ludzkie formy, które przybrali były niesamowite. Piękne ciała, wielkie umiejętności.. Obdarzyły ich jednak czymś ponad to wszystko- zdolnością czerpania rozkoszy. Uśmiechnęła się do śpiącego Fenrira, by po chwili drgnąć z zaskoczenia. Choć zaprzeczała sama przed sobą- miał rację. Gdziekolwiek by był, ilekroć jej szukał, gdy wysyłał energię, gdy kochał się z inną kobietą, gdy ożywiał zombie, gdy szczytował w ekstazie- pragnęła go. Chora, szalona emocja, niczym najwstrętniejsza z plag wżerała się w umysł, rozsiewając zarodniki. Niezwyciężona, potężna Naa, rozpoczynała najpodlejszą z walk, którą wkrótce miała przegrać z kretesem.

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: Spazm.
Kiedy: niedziela, 13 kwietnia 2008
O której: 23:24:03
komentarze [3]

Z serii: poezja zainspirowana.
Adnotacje: Chcę to z siebie wyrzucić. Dławić i upajać się nienasyconą czystością.

Obliż mnie
Ja - puch
O Twe usta zahaczam
Dławiąc się nicością

Zdrap mnie
Zastygłam
Nędzny strup zapomnienia
Wypukle wklęsła
Pośród akapitów Twej wyobraźni

Pogrzebana w brudzie.

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: Wizyta.
Kiedy: czwartek, 20 marca 2008
O której: 23:18:21
komentarze [3]

Z serii: Naamah's Child.
Adnotacje: Pustka. Nicość. Mogę ją zbierać, kolekcjonować, rozszczepiać na atomy.

Życie jest samo w sobie kuszącą zagadką, przynajmniej dla wybrańców. Wielokrotnie uparcie do czegoś dążymy, absolutnie pewni siebie i przekonani o nieomylności podejmowanych decyzji. I tutaj może spotkać nas niemiła niespodzianka – nie tylko trzeba znaleźć właściwą furtkę, ale także liczyć na szczęście umożliwiające z niej skorzystanie. Trudno zdefiniować czy ono tak naprawdę istnieje. Większość dróg jest dla nas zamknięta, z wielu nawet nie zdajemy sobie sprawy. Czemu więc Ona po raz kolejny wymykała się wszelkim ograniczeniom?

Wysoki obcas zastukał o marmurową posadzkę, prowadzącą na dziedziniec. Przeraźliwy skrzek nadlatującego jastrzębia zatrzymał ją przy bramie wejściowej. Odwróciła za siebie. Stał niedaleko, wpatrując się w nią w tryumfem. Teraz już nie mogła się mu wywinąć? Uśmiech rozkwitł na jej twarzy.
- Nie uciekaj – skomentował natychmiast – To nie ma sensu.
- Zbyt sobie pochlebiasz, mój drogi – zamruczała cicho – Przyszłam tu w odwiedziny, to ty wciąż za mną ganiasz.
- Odwiedziny? – podniósł pytająco brew – Przecież doskonale wiesz, że nie możesz tutaj wejść.
Spojrzała na niego figlarnie.
- Jesteś pewien?
Odwróciła głowę i obrzuciła wzrokiem budowlę. Kuszącą kręcąc biodrami powoli ruszyła przed siebie. Dziedziniec wypełnił się stukotem kobiecych szpilek. Sephirah ze zdumieniem wpatrywał się w jej sylwetkę. Niebo pociemniało gwałtownie, jak gdyby chcąc stworzyć niewidzialną barierę pomiędzy budynkiem na jakimkolwiek intruzem. Przekroczyła ją bez trudu, moc rozstąpiła się przed nią pokornie, by następnie zamknąć się tuż za jej plecami i ze zdwojoną siłą uderzyć w lecącego jastrzębia. Siła odrzutu była ogromna, wprawiła Sephiraha w prawdziwą wściekłość. Czy to, czego był świadkiem, działo się naprawdę? Po raz kolejny zagrała mu na nosie, czuł delikatne mrowienia energii, które mu wysyłała, świetnie bawiąc się jego kosztem.
Wkrótce jednak skoncentrowała się na tym, co obserwowała wokół siebie. Była tu po raz pierwszy. Budynek był wykonany z drewna najwyższej jakości, które w połączeniu ze złotą ornamentacją czyniło go delikatnym i wątłym a jednocześnie eleganckim i pełnym przepychu. Postawiony na skraju lasu, z dala od głównej drogi, zdawał się zaprzeczać wszelkim stereotypom. Całkiem niezły jak na pracę ludzkich rąk. Energia kondensowała wokół niej, czuła obecność tysięcy istnień. Witała je z politowaniem, czekała, aż się ukażą. Wreszcie, kilka metrów przed nią, wyrosła dumna uskrzydlona sylwetka. Nathaniel. W jego niebieskich oczach migotało wszystko, czego skrajnie nienawidziła, przysłonięte przez jedną, malutką rysę. Strach. Bali się jej. Zaśmiała się gardłowo.
- Na kolana – rozkazała, prostując ręce po bokach.
Jej oczy, rozjarzyły się czerwonym blaskiem, strumień mocy uderzył w cudowne istoty w białych szatach. Oto anielskie zastępy kuliły się przerażone, odprowadzając wzrokiem kontrastującą z nimi czarną postać. Niczym figury odlane z białego marmuru, wskazywały jej drogę do drzwi wejściowych. Nie bała się ich, byli tylko sługusami, nie potrafiącymi pojąć jak możliwa jest tutaj jej obecność.
Przekroczyła próg świątyni, stukot obcasów do złudzenia przypominający dźwięk końskich kopyt, rozległ się echem po całym wnętrzu. Kościół pełen był ludzi, stłoczonych przed ołtarzem, oczekujących na zaraz mające rozpocząć się wielkopiątkowe nabożeństwo. Patrzyli na nią ze zdumieniem i zaskoczeniem. Zmaterializowany nagle długi czarny płaszcz z kapturem zakrył jej ciało i twarz. Szła pewnie, utkwiwszy swój wzrok w gasnącym płomieniu nad tabernaculum. Przymrużyła oczy, gdy zobaczyła wychodzącego kapłana. Ten, na widok czarnej postaci, poczuł przebiegający po jego plecach zimny dreszcz strachu. Nie zamierzał kusić losu, ominął ją szerokim łukiem i dołączył do oczekujących na niego wiernych, mamrocząc pod nosem słowa modlitwy. Nie zwróciła na niego uwagi, był niczym anioły, marionetką. Wpatrywała się w tlące się już światło płomienia, jak gdyby próbowała poznać jego strukturę i sens istnienia. Rozjarzył się gwałtownie.
- Idziesz? – usłyszała szept za swoimi plecami.
Nie musiała się odwracać. Wiedziała.
- Ha – Nocri – wysyczała.
Stanął obok, czekał aż na niego spojrzała.
- Minęły setki lat – zagaił spokojnie.
- Tak – kiwnęła głową – Dzień twojej śmierci dniem mych narodzin.
- Przyszłaś znowu mi towarzyszyć?
Chwilę zwlekała z odpowiedzią, uważnie się mu przyglądając, badając rysy twarzy i wciąż świeże, od zarania dziejów zdobiące jego twarz blizny.
- Wtedy byłam dzieckiem. Dziś dojrzałam.
Ludzie w zdumieniu obserwowali szczupłą kobiecą sylwetkę, która minąwszy ich bez słowa ustawiła się na czele pochodu, tuż przed zdumionym kapłanem. Szelest długiej szaty Ha – Nocri pozwolił myślom powoli odtwarzać wydarzenia z dnia jej narodzin.
Biczowanie, pierwszy kontakt wzrokowy.
Upadek, pierwsze niezdarne kroki.
Ukrzyżowanie, pierwsza rozmowa.
Śmierć, pierwsze tchnienie mocy.
- Naa – powiedział cicho Ha – Nocri – jak zawsze jesteś bezkonkurencyjna.
- Zastanawiam się – powiedziała, ignorując ostatnie zdanie – Dlaczego mogłam tutaj wejść, dlaczego zastępy twoich sługusów kornie chylą przede mną czoła. Czemu mogę bezkarnie robić to, na co mam ochotę, podczas gdy Sephirah drży z wściekłości.
- Sephirah, najpotężniejszy z synów Lucyfera, krew z krwi, którego drugą formą jest czarny jastrząb pozbawiony jest jednego, kluczowego pierwiastka. To samo tyczy się pozostałego potomstwa, w tym i twojej matki. Na początku, ze wszystkich istot świata naznaczony został jeden, najdoskonalszy z aniołów.
- Shaitan.
- Buntując się wykreował liczne pokolenia na swoje podobieństwo, tylko jedno obdarzając tym, czym sam został przed laty.
- Ha – Nocri – zakpiła Naa – Superbohaterów i ckliwe historię zostaw ludziom, niech karmią nimi swe przygłupawe umysły. Nie sugeruj, że stworzona zostałam z..
- .. Tak, z Miłości – przerwał jej, by móc sam dokończyć.
- Ukochany synalek i ukochana córeczka? Brzmi urzekająco – syknęła, mrużąc wrogo oczy.
- Prastare dziecko prastarej krwi – powiedział, gdy tłum zatrzymał się przed ostatnią, XV stacją – Doskonale wiesz co mam na myśli.
Jednym ruchem ręki uciszyła kapłana, szykującego się do omówienia ostatniej stacji drogi krzyżowej.
- Ha – Nocri, jakże egoistyczne są twoje uczucia, skoro posiadasz zdolność ich gradacji. W oparciu o popełniony kardynalny błąd, posądzasz mnie o wartości, których nie wyznaję. Nie boję się ciebie i nigdy nie będę – powiedziała głośno i wyraźnie, z lekko drapieżną nutą, od której włos jeżył się na głowie. Kaptur opadł jej na plecy, ukazując zebranym twarz nieziemskiej urody, twarz o której śniło się po nocach, paralelę nieosiągalności i pożądania nie do spełnienia. Kocimi ruchami skierowała się w stronę wyjścia, w geście pożegnania podnosząc do góry dłoń.
Mężczyzna w białej szacie odprowadził ją wzrokiem.
- Przekonasz się wkrótce – szepnął cicho, by rozmyć się we mgle dogorywającego płomienia.

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: Pasożyt.
Kiedy: poniedziałek, 11 lutego 2008
O której: 23:35:35
komentarze [6]

Z serii: Proza zainspirowana.
Adnotacje: bo to gniło we mnie od wewnątrz.

Wśród tysięcy istot w gruncie rzeczy niczym nie różniących się od pozostałych, zatapiających się w codzienności i bezsensie pogoni za kolejnym oddechem, Carmen stanowiła swoisty ewenement. Idąc ulicą przyciągała ludzkie spojrzenia. Wychudła. Z przerażającym spojrzeniem. Wyizolowana. Inna. Może dlatego, że jako jedna z nielicznych, którzy otrzymali Dar, nie odrzuciła go. Czasem trudno było odróżnić ów prezent od klątwy czy choroby psychicznej, zdefiniować czy też w ogóle zaakceptować we własnej świadomości. Dar postrzegania rzeczywistości ukrytej pod złudną powłoką obłudy.
Carmen poruszała się bezszelestnie. Przy znikomej posiadanej wadze ciała fakt latania nad chodnikiem był wysoce bardziej prawdopodobny. Jak zawsze szła pod prąd. Atmosfera agresywnie gęstniała wokół niej. Mur szeptów, dezaprobaty.
- To Carmen.
- To ona.
Obracali się za nią. Wszędzie spotykała ich oskarżycielski wzrok. Czuła dreszcze przebiegające przez swoje ciało. W mózgu myśli jak rozszalałe rozbijały się o siebie nawzajem. Szaleństwo potęgowane było przez każdą sekundę. Oddech przyspieszał. Nienawidziła ich. Każdego z osobna i wszystkich razem. Nienawidziła siebie, tego, co było dane jej oglądać. Zapłaciła ciężką cenę w zamian za rozwój swoich umiejętności. Zatraciła poczucie piękna. Estetyka, urok, delikatność – to tylko puste słowa, zarezerwowane dla naiwnych kretynów, których mijała. Czym było życie? Carmen widziała tylko śmierć.
Tleniona blondynka o bujnych kształtach ubrana w skąpe bikini prychnęła protekcjonalnie pod jej adresem. W jej doznaniu był środek lata, słońce prażyło niemiłosiernie. Lecz zamknięta w sobie przeraźliwie chuda dziewczyna o wielkich oczach i długich, prostych, czarnych włosach WIEDZIAŁA. Jesienny chaos, przeraźliwy wiatr, drzewa ograbione z liści. I cisza, przerywana przez żywe trupy, chodzące po kościach swoich znajomych, łamiące się z przerażającym chrupaniem pod naporem obcasów. Krew ściekająca po piszczelach, kościach strzałkowych, resztkach ścięgien i powięzi, liżąca bose stopy Carmen. Obrzydzenie targało jej skórą, rozszerzało źrenice. Przegniła blondynka wysuwała w kierunku czarnowłosej swą coraz bardziej uwidaczniającą się czaszkę.
„Nie chcę tego widzieć, nie mogę, nie wytrzymam” szeptała cichutko Carmen „Czemu tutaj nie ma życia? Dlaczego świat jest zepsuty aż do szpiku kości?”. Szepty, nawoływania, zimne palce na plecach, choć tak znajome i niczym się nie wyróżniające, tego dnia z wyjątkową intensywnością doprowadzały do dziwnego stanu pomiędzy histerią a niebytem.
Nagle przeraźliwy ból zelektryzował jej ciało. Pośród milionów niedomówień i szaleńczych gestów ten jeden stał się nagle czymś konkretnym, hipnotyzująco - oszałamiającym. Nim świat zmienił się w jedną czarną plamę, upadająca na ziemię Carmen dostrzegła pochylające się nad nią szkielety, czuła kości trące jej żebra. Jakaś nieznana siła wciągała ją do swoje wnętrza, by pochłonąć, ukraść, porwać. A potem była już tylko ciemność.

- Fasciola hemopapillaris okaz w stanie idealnym, niezwykle rozwinięty pomimo znacznego wygłodzenia. Jestem przekonana, że to ona ją wykończyła. Proszę zauważyć niesamowity rozwój wora powłokowo – mięśniowego, świadczący o wybitnych zdolnościach do izolacji i przebywania w rzekomej formie przetrwalnikowej.. – chłodny, fachowy kobiecy głos wpił się w głowę Carmen.
Poczuła, że leży w czymś chłodnym, niewygodnym i bardzo małym. Otworzyła swoje czarne oczy i wytrzeszczyła w zdumieniu. Była zamknięta w szklanej fiolce, trzymanej przez ogromną dłoń w lekarskiej rękawiczce. Ciało promieniowało przeraźliwym bólem. Koncentrując resztki sił, słuchała dalej.
- .. Odizolowaliśmy ją przed chwilą, innowacyjną metodą, łączącą w sobie elementy odłączenia i zabiegu Goldfarma. Sądząc po jej wyglądzie, jest wciąż żywa.. Salaam! Spójrzcie!
Dziewczyna usiadła, walcząc z mdłościami i zawrotami głowy, witana okrzykami zdumionego grona lekarskiego.
- Mówicie o mnie?
Jej głos odbił się echem we wnętrzu fiolki, lecz nie wywołał pożądanej reakcji akustycznej. Nie usłyszeli jej.
- Niezwykle rozwinięta fauces, to chyba jakaś mutacja, proszę zwrócić uwagę, że plathelmintes stoją znacznie niżej w łańcuchu ewolucyjnym niż Wuchereria bancrofti czy Ancylostoma duodenale.. Niesamowite.
- Kim jesteście? Dlaczego mnie uwięziliście? – pytała raz po raz Carmen, patrząc na nich błagalnie. Nie otrzymywała odpowiedzi.
Najwybitniejsi medycy, jakich znał świat, w milczeniu obserwowali wijącego się pasożyta. Genialne odkrycie, warte miliony i najwyższe odznaczenia. Profesor Fountain zasłużyła na ich szacunek i pochwały. Dokonała czegoś jak dotąd nieosiągalnego. Jeden z lekarzy chrząknął znacząco i spojrzał na brunetkę, trzymającą z zafascynowaniem w ręce fiolkę.
- Aileen, byłaś świetna. Perfekcyjna i dokładna jak zawsze. Czy zgodzisz się dokonać wstępnych badań? Wiemy, ile znaczy dla ciebie to odkrycie, nikt nie poświęcił mu tyle czasu i sił co ty.
Profesor Fountain wyprostowała się, dumna z otrzymanego wyróżnienia i kiwnęła twierdząco głową. Zacisnęła fiolkę mocniej w ręce. Jej prywatne laboratorium, które przez wiele lat tworzyła w swoim mieszkaniu, idealnie nadawało się do tego, co planowała. Karierę zdobywała szturmem, w wieku 32 lat otrzymała najwyższe tytuły naukowe, prestiżowe nagrody, od których uginały się półki. Za sukcesy zapłaciła życiem osobistym – pomimo specyficznej i delikatnej urody, wciąż była sama, nie korzystała nawet z przelotnego partnera. Jednak nie czuła tej straty wyjątkowo dotkliwie – miała swoje laboratorium, swojego boga, miłość i rodzinę jednocześnie. Pośpiesznie pożegnała konsylium lekarzy, narzuciła na fartuch swój doskonale skrojony płaszcz od Valentino i wybiegła stukając obcasami.
Carmen jak w amoku miotała się wewnątrz fiolki, podrygującej w rytm szybkich kroków profesor Fountain. Czuła się niczym Alicja w Krainie Czarów po wypiciu magicznego napoju. A gdzie biały królik? Niedorzeczność tej sytuacji wprawiała ją w coraz to większą irytację. Negatywne emocje doskonale rozmnażają się na dobrej pożywce jaką jest strach. Dlaczego Dar pozwalał jej oglądać te istoty w zdrowych, żywych ciałach? Dlaczego zamiast wprawiać ją w przerażenie sam dygotał nerwowo podniecony, ukryty w zakamarkach umysłu dziewczyny? Na co czekał?

Mieszkanie Aileen, sterylnie czyste i urządzone z maksymalnym minimalizmem, było całkowicie dostosowane do prowadzonego przez nią trybu życia. Poukładane, dobrze dobrane, a jednak bez duszy, wiejące pustką i samotnością. Carmen zrozumiała, że Dar w tym miejscu jest jej niepotrzebny – wrażenie zawsze było takie samo. Poczuła dojmującą tęsknotę za czymś nie zidentyfikowanym, czymś, co bezpowrotnie zostało utracone. Była ona tak silna, że skutecznie odwróciła uwagę dziewczyny od koszmarnej rzeczywistości, w której tkwiła. Nim spostrzegła, profesor Fountain ułożyła fiolkę na specjalnie w tym celu przygotowanym stojaku, usiadła przy biurku, ekran komputera automatyczne zamigotał, gotów do wykonywania poleceń. Bladoniebieskie oczy Aileen utkwione były w Carmen. Brunetka zachłannie wpatrywała się w najdrobniejsze ruchy wykonywane przez obiekt badań.
- Ile tajemnic w sobie skrywasz? – szepnęła podniecona kobieta – Wkrótce pozna je cały świat.
Otworzyła fiolkę, fala świeżego powietrza zalała płuca Carmen. „Teraz albo nigdy. Może usłyszy” pomyślała.
- Dlaczego mnie więzisz? – spytała – Zostaw mnie w spokoju.
- Potrafisz wydawać skoordynowane dźwięki? – profesor Fountain stłumiła cichy okrzyk.
- Nic im nie zrobiłam. Nie skrzywdziłam żadnego z nich.
- Doprowadziłaś organizm swojego żywiciela na skraj wyczerpania, praktycznie go wykończyłaś – wyjaśniła rzeczowo kobieta, automatycznie odnotowując w myślach, iż Fasciola hemopapillaris charakteryzuje się wyraźnym dymorfizmem płciowym, zaznaczonym także w ogólnym psychorozwoju gatunku.
- Ty świat wypełniony śmiercią i okrutną ciszą nazywasz żywicielem? – zapytała z niedowierzaniem Carmen – Dar uczynił moje życie innym od pozostałych, przyzwyczaił do strachu i łez. Czy przez to stałam się pasożytem?
- Dar? – zainteresowała się uprzejmie Aileen.
- Przeklęta właściwość, posiadana przez nielicznych, umożliwiająca postrzegać PRAWDZIWĄ rzeczywistość.
- To jakiś rodzaj substancji, która wybitnie toksycznie działa na organizm? To tłumaczyłoby anomalne objawy żywiciela.
- Ja nikogo nie zatruwałam – jęknęła rozpaczliwie Carmen.
- Nie, masz rację – spojrzenie profesor Fountain stało się chłodne i przenikliwe – Tego nie można nazwać działaniem toksycznym. Ty go wykańczasz. Kawałek po kawałku, aż do śmierci.
- Nieprawda. To cyniczny śmiech innych zadawał mi ból.
- Innych? Szukaliśmy cię przez tyle lat, przeprowadziliśmy setki badań. I zapewniam, jesteś małą wijącą się maszyną do zabijania. Doskonale wyewoluowanym mordercą w miniaturce.
Każde kolejne słowo uderzało w dziewczynę, która otępiała siedziała na dnie malutkiej fiolki. Ona – taka krucha, efemeryczna, słaba – miała być przyczyną zła. Tym był Dar? Transformatorem wrażliwości? Bezsilność i niezrozumienie wywołały coś, co kumulowało się wewnątrz Carmen przez te długie lata – wściekłość. Poczuła jak Dar przybiera gwałtownie na sile, obejmuje jej zmysły, wnika w każdą żywą komórkę, przejmuje kontrolę. Gniew otulił się płaszczem zmiennokształtności na oczach Aileen. Jak zahipnotyzowana obserwowała najbardziej fascynujące zjawisko, przeczące wszelkim prawom i zasadom. Kłamstwo, które mimowolnie stało się jej prawdą.

Ocknęła się na podłodze. Rozejrzała nieprzytomnie po laboratorium, ogarniając wzrokiem dziwnie obcy sprzęt. Szum komputerów boleśnie drażnił skłębione myśli. Wstała chwiejnie, czując przeraźliwy chłód. Narzuciła na siebie długi czarny sweter i, po raz pierwszy w życiu zapominając ubrać butów, wyszła na zatłoczoną ulicę. Szaro. Zimno. Jednolicie. I ona, Aileen Fountain, brnąca pod prąd, potykająca się o ludzkie kości.

Dar. Inna.

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: Just feel.
Kiedy: poniedziałek, 31 grudnia 2007
O której: 23:41:40
komentarze [7]

Z serii: Proza inspirowana.
Adnotacje: Taki prezencik. Wesołych i Szczęśliwego Nowego Roku. Wierzycie w to jeszcze?

Jeśli świat składa się z tysięcy drobniutkich elementów, tak odrębnych, a jednocześnie uwspólnionych, których substancją spajającą jest energia; to nie jest problemem, by mógł się on rozpaść, zniknąć, rozpłynąć czy wreszcie ewoluować. Trudno jednak odkryć tajemnicę owych niezwykłych sił, przyciągających i zmuszających do bezwzględnego posłuszeństwa. Ów sekret pozwala beztrosko igrać pomiędzy sztucznie wyizolowaną bielą, a zmodyfikowaną czernią. Gdy noc otula się swym płaszczem, Ty możesz kąpać się w blasku wschodzącego słońca. Nicość może dla Ciebie wykreować najniezwyklejsze twory. Energia jest zaprzeczeniem sama w sobie – prawda może oznaczać najgorsze kłamstwo, cel być ślepą uliczką. Jednocześnie umiejętność jej wykorzystywania pozwala zmieniać codzienność.

Hrabia de Adversaire wiedział o tym doskonale. Wpatrując się w leniwy blask księżyca dostrzegał falujące kosmyki czarnych włosów Blanche. Stateczność gwiazd kontrastowała ze zniewalającą urodą nicujących na wskroś, baśniowo czarnych oczu. Tak, jeśli ktoś zasłużył na oskarżenie o władzę nad czasem i rzeczywistością, to z pewnością hrabia de Adversaire. Mężczyzna uśmiechnął się lekko do swoich myśli. Był przystojnym mężczyzną w średnim wieku. Ciemne włosy, przyprószone nieco siwizną, dodawały mu tylko uroku. Jedynie kraty w oknach komicznie wręcz kontrastowały z elegancją i jednocześnie niezwykłym erotyzmem tego człowieka. Więzienie Cendre słynęło z niezwykle restrykcyjnego traktowania swoich mieszkańców. Trudno się zresztą dziwić – jego mury skrywały największych zbrodniarzy jakich znała Francja – a hrabia de Adversaire zasłużył na wyjątkowe względy. Ponieważ jednak z wrodzoną sobie swobodą manipulował ludźmi jak i energią, miał wszystkiego pod dostatkiem, łącznie z częstymi odwiedzinami strażniczek, które z równą stanowczością odsyłał z kwitkiem, a mimo to – zawsze do niego wracały, pełne złudnej nadziei i nicującego na wskroś pożądania. Myślami i sercem mężczyzny władała jednak Blanche.

Dzisiejsza noc wołała doń rozpaczliwie, błagalnie wyciągając ręce. Wraz z każdym kolejnym wdechem przekonywał się, że jego obawy były słuszne. Oto zemsta w najprymitywniejszy ze sposobów osiągnie swoje apogeum. Dziki nurt krwi, przyspieszone tętno – Nathaniel pozornie tylko zdawał się być całkowicie spokojny. Energia, wierna niczym pies, uderzyła w niego cichym skamleniem. Przyjął ją momentalnie, pozwolił, by pokazała mu nadjeżdżających oprawców, by dała usłyszeć tętent końskich kopyt, wreszcie, by mógł ją ujrzeć. Stała tuż przy oknie, z rękoma opartymi o szybę, wpatrująca się w księżyc. Światło otulało jej smukłe ciało, odziane w długą, wąską, spływającą aż do ziemi białą suknię. Łabędzia szyja zmuszała wzrok do podróży jeszcze niżej, ku kobiecym, a jednocześnie delikatnym kształtom. Cudowne rysy twarzy były tak nieosiągalne, tak pozaziemskie.. „Blanche, och, Blanche” szepnął niedosłyszalnie.
Natarczywe uderzenie w drzwi pozbawiło hrabiego tchu. To oni. Zjawili się tak, jak zapowiadali.
- Panno Aileen! – ich przesycone cynizmem głosy napawały go wstrętem – Przyjechaliśmy tu po ciebie.
Kobieta drgnęła, nie odwracając się jednak od okna. Pukanie zastąpione zostało niecierpliwym dobijaniem się do mieszkania. Mężczyźni zamierzali sforsować wejście. Dla Nathaniela pomiędzy jednym uderzeniem a drugim zalegała wieczność. Wreszcie wiekowe drzwi ustąpiły z głośnym skrzypieniem. Stukot męskiego obuwia rozbrzmiewał w wypełnionym ciszą mieszkaniu. Znaleźli ją piętro wyżej, w swoim pokoju. Czekała tam na nich. Wyniosła, dumna, odważna. Odwróciła się powoli, ze spokojem wpatrując się w ich twarze. Jej oszałamiająca uroda działała na każdego, nie wyłączając czwórki mężczyzn naprzeciw. Wybrzuszenia w ich spodniach były tego najlepszym dowodem.
- Twój kochaś jutro o świcie spłonie na stosie – wycedził obleśnie jeden z nich –Wiesz, że podzielisz jego los?
Oczy Blanche zamigotały niebezpiecznie.
- Wolę zginąć razem z nim, niż trwać sama – powiedziała dźwięcznie.
Odpowiedział jej ohydny rechot, wydobywający się z męskich krtani. Ów pierwszy śmiałek zbliżył się do niej i chwycił za podbródek.
- Myślisz, że pozwolimy ci tak, po prostu, zginąć? – szepnął, drżąc z podniecenia - O, nie. Czeka nas długa noc.
Spróbował ją pocałować, lecz ze wstrętem odwróciła głowę.
- Maleńka, dziś jeszcze nie raz poznam ich smak – zachichotał, boleśnie chwytając ją za włosy – Jesteś taka piękna, sprawdzimy czy równie kusząca jak w naszej wyobraźni.
Chwycił ją brutalnie za kibić, zmuszając do pójścia razem z nim. Mimo to stała uparcie, choć ręka boleśnie wbijała się w ciało. Jednak mężczyźnie pospieszyli z pomocą jego kompani. Kilka uderzeń w subtelną twarz i silne męskie ramiona popchnęły ją w stronę drzwi. Lubieżne ręce niecierpliwe przemykały po kobiecym ciele. Wyciągnęli ją siłą z mieszkania i posadzili na konia. Jechali w miejscu, które ustalili już wcześniej. Zresztą – i tak nikt nie będzie ich szukał. Każda kobieta w mieście szczerze życzyła tego pannie Aileen. Zadowolone, schowane w swych domach, będą głuche na krzyki owej pięknej i dumnej kobiety, której zazdrościły na każdym kroku. Ich mężczyźni, niczym węże w ogłupiałym tańcu, będą wić się, pragnąc dołączyć do bandy oprawców. Namiestnicy więzienia zezwolą grupce swoich podwładnych na te parę chwil zapomnienia. Teoretycznie Blanche była sama. Jednak precyzyjna w swojej docelowości energia niewzruszenie mknęła jej szlakiem, nie opuszczając ani na chwilę. Nathaniel czuł smak krwi wyciekającej z rozciętej wargi swej ukochanej.
Zepchnęli ją z konia. Upadła na igliwie malutkiej polanki nieopodal leśnego jeziora. Patrzyła na nich uważnie i przeszywająco. To spojrzenie jeszcze bardziej prowokowało mężczyzn i wzmagało nawarstwiającą się agresję. Suknia podniosła się nieco, eksponując zgrabne łydki. Rzucili się na nią wygłodniali, szaleni, spragnieni. Oto owe niedostępne jak dotąd dla nich zjawisko, piękno tak niezwykłe, o którym mogli tylko śnić lub jęczeć w spazmach masturbacyjnych orgazmów – leżało tuż przed nimi. Gdy hrabia de Adversaire był na wolności, nikt nie śmiał nawet podnieść na nią wzroku. Królowa jego serca, władczyni każdej cząsteczki jego ciała, której gotów był chronić za każdą cenę. Dziś w nocy miała należeć do nich, być potulną suką, spełniającą najbardziej wyuzdane pragnienia. Wobec narastającego zagrożenia, gdy wizja gwałtu staje się przerażająco realna, większość kobiet strach paraliżuje do tego stopnia, że doskonale spełniają rolę zaplanowaną dla nich przez oprawców. Pozbawione godności, wiary w siebie, akceptacji. Z ranami na całe życie. Każda. Ale nie Blanche. Choć rzucili się na nią razem, żadnemu nie udało się jej pocałować. Rozjuszeni do granic możliwości zrezygnowali z dalszych prób – skupiając swoją uwagę na pozostałych częściach jej ciała. Obłapując piersi, rozdzierając delikatny materiał sukni, ocierając się rosnącym erekcjami o jej ciało, czekali, aż wreszcie się złamie. Aż własne ciało ją zdradzi, aż zajęczy z rozkoszy. Panna Aileen patrzyła na nich z pogardliwą ironią. „Napastliwe samce” zdawała się mówić „Tylko na to was stać? Jesteście żałośni”. Jak długo można igrać z losem?
Jeden z nich nie wytrzymał. Powalił ją na plecy, uderzeniami w twarz i ramiona zmusił, by klęknęła. Jednym ruchem rozdarł suknię i rozpiął swoje spodnie. Wszedł w nią gwałtownie, wypełniając do końca. Ciszę przeszył zwierzęcy okrzyk bólu. Na drugim końcu miasta w odpowiedzi rozległo się rozpaczliwe wycie. Nathaniel drżał spazmatycznie, przesycony nienawiścią do granic możliwości. Śmieli tknąć Blanche. Zbeszcześcić boginię.

Księżyc oświetlał pooraną ranami twarz, chwiejące się w rytm ruchów mężczyzny uda, przecięte strużkami wolno cieknącej krwi. Tej nocy brali ją wielokrotnie, czasem po dwóch naraz. Splugawieni bez reszty, w rozpaczliwym szale, jaki może odczuwać mężczyzna o zranionej ambicji i dumie. Dawała im rozkosz samym pięknem swojego ciała, doskonałością budowy i gładkością skóry. Posiedli jej ciało, wypełnili wnętrze swą spermą, rozorali kobiecość. Lecz nie złamali. Gdy wreszcie dali upust swojej chuci, opadła martwo na ziemię. Z pustym wzrokiem, zesztywniałymi mięśniami. Nie opuściła jednak głowy, gdy o świcie ponownie wsadzili ją na konia, gdy wieźli ją przez miasto, gdy wreszcie, prowadzona na miejsce egzekucji obserwowana była przez wszystkich. Zakrwawiona, posiniaczona, wielokrotnie zgwałcona, nadal oszałamiająca. Nikt nigdy nie rozszyfrował na czym polegał fenomen panny Aileen, choć jej historia powtarzana była przez wiele lat.

Przy głównym wejściu doprowadzony został hrabia de Adversaire. Pożerał wzrokiem pokiereszowaną twarz najdroższej mu istoty, śledził siniaki na piersiach, zakrzepłe strugi krwi na udach. Dostrzegał trud i ból, jaki sprawiał jej każdy najmniejszy ruch. W nieskończenie czarnych oczach malował się jednak tryumf. Blanche dominowała, miała władzę nad wszystkim, nad czym tylko zapragnęła. Jeśli Nathaniel był świetny we władaniu energią, to jego ukochaną należało nazwać mistrzynią. Teraz ich wspólna potęga powoli zagęszczała się w jedno wspólne pasmo nienawiści. Mieszkańcy miasta patrzyli na tą parę z jednoczesnym przerażeniem i urzeczeniem. Na ludzi przeżartych złem do szpiku kości, a jednak kochających się z wyuzdanym wręcz szaleństwem. Twarz sędziego zadrżała, nim zaczął czytać wyrok.
- Hrabio Nathanielu de Adversaire, za popełnione morderstwa z wyjątkowym okrucieństwem i bestialstwem, za paranie się magii i kontrolowanie za jej pomocą ludzkich umysłów, za wykorzystywanie niewinnych ludzi do swych obrzydliwych doświadczeń skazuję cię na karę śmierci poprzez spalenie na stosie.
Mężczyzna wyciągnął rękę i uścisnął dłoń swojej ukochanej.
- Blanche Aileen, za współudział w popełnianych zbrodniach oraz za uprawianie magii i wykorzystywanie jej przeciwko społeczeństwu, skazuję cię na śmierć poprzez spalenie na stosie.
Kobieta popatrzyła na niego filuternie, z uprzejmym zainteresowaniem. Potem odwróciła głowę w stronę hrabiego.
- L'homme est un apprenti, la douleur son maître* – wyszeptała – To tylko ludzie.

W pośpiechu przywiązywano ich do osobnych stosów. Ani razu nie utracili ze sobą kontaktu wzrokowego. On – seryjny morderca, karmiący się bólem swoich ofiar. Ona – pozbawiona skrupułów inspiratorka i prowokatorka. Gdy ogień został podłożony, Nathaniel wyszeptał:
- Blanche, razem będziemy żyć wiecznie.
Jej śmiech niczym materiał łatwopalny sprawił iż momentalnie oba stosy zapłonęły płomieniem pochłaniającym je w całości. Ludzi westchnęli bojaźliwie, szepcząc słowa modlitwy. Szatańskie pomioty. Wysłannicy piekieł. Genialni w swej odrębności.
***
- Fenrirze, powiedz mi – zamruczała prowokacyjnie – Czyż ludzie nie są przewidywalni?
Przejechał leniwie opuszkami palców po jej doskonałych pośladkach.
- Skaczemy po kartach historii, pozostawiając swój ślad. Przecież tym razem było naprawdę zabawnie. Najlepsze, gdy zorientowali się, że nasza śmierć pozbawiła jednocześnie życia twoich oprawców.
- Idioci, myśleli, że nie poniosą żadnych konsekwencji – zachichotała dziewczęco – Pochłonęłam ich energię już na samym początku. Gwałcili ciało, które wykreowałam, lecz nikt nie tknie mnie bez mojego pozwolenia.
Gdy poczuła na swojej twarzy gorące ręce Fenrira, odepchnęła go, odwracając się gwałtownie.
- Oj, Naa – wyszeptał – Ile jeszcze światów, wieków, wcieleń? Jak długo będę Cię gonił, by wreszcie znaleźć na zawsze?


*Człowiek jest uczniem, ból jego mistrzem.

Konkluzja końcowa: Czy zło jest naprawdę złe? Lepiej być złym czyniąc dobro, czy dobrym czyniąc zło?

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: No future.
Kiedy: wtorek, 18 grudnia 2007
O której: 20:56:56
komentarze [16]

Z serii: Poezja inspirowana.
Adnotacje: bo mam już dość. Cena, którą płacę, rozsadza mnie od środka.

Abstrakcjo
Wiedź mnie na pokuszenie
Swym błędnym oddechem
Wznieś toast
Niknę
W gęstości Twego oddechu

Rozszalałą drgawką
Lodowatego chichotu
Pieść mnie
Upajaj
Krystalizuje
By rozsypać się w proch

Wyrzekłam się siebie

Pusto tu
Cicho
Sennie
Mruczysz mi kołysankę
To ja
Moje wnętrze na zewnątrz
Pojedyncze drgania
Wygłodzonych atomów
Spragnionych niebytu

Abstrakcjo
Błagam
Weź mnie ze sobą

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: Temptation.
Kiedy: sobota, 17 listopada 2007
O której: 21:41:10
komentarze [5]

Z serii: Poezja inspirowana.
Adnotacje: tylko codzienność.. Aż czy tylko?

Tu
W mroku korytarzy
Wyprę się Ciebie
Niczym dzika kotka rozdrapując
Grzeszne ściany ludzkich pragnień
Spójrz
Oto ja
Podziwiaj
Uwielbiaj

Tu
Poniżej poziomu rozpaczy
Zanurzę się w Twoich łzach
Jak rozszalały rumak miażdżąc
Ręce szukające pomocy
Chodź
Pokażę Ci
Królestwo
Władzę

Tu
Ponad zasięgiem krzyku
Dam Ci nadzieję
Niczym przebiegły wilk kąsając
Nabrzmiałe pokłady cierpienia
Czuj
Natrę Cię
Prawdą
Bezwstydem

Spróbuj
Uchwyć
Złap
Miareczkuj
Sekunda po sekundzie
Bliżej otrzeźwienia
Jak smakuje ułuda?

Tu
Wewnątrz mego raju
Płynę na arce nicości.

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: Atawizm.
Kiedy: wtorek, 11 września 2007
O której: 22:39:55
komentarze [11]

Z serii: Poezja inspirowana.
Adnotacje: żadnych konkretnych.
Fragment rozmowy: [w pracy]
- Za ile można panią kupić?
- Jestem bezcenna.
- A potem pierwszy lepszy bierze za darmo.
- Zapewniam, że dopiero po wnikliwej selekcji.
- z obleśnym uśmiechem Nie przeszkadzam Pani, że taki stary dziad jak ja Panią podrywa?
- Zapewniam, że nie jest Pan ani pierwszy, ani ostatni.
Pf, ale kretyn. Z takimi trzeba krótko.



Głęboko
Wzdłuż Prawdy
Gdzie
Cyniczna Iluzja nasyca zgniliznę
Swym najlżejszym
Westchnieniem

Wysoko
Ponad Nicością
Gdy
Bezwstydna Zdrada katuje obłoki
Wstrząsająco morderczym
Pragnieniem

Trąc o gruzy człowieczeństwa skrzydłem połamanym
Nadeszła
Pod ciężarem Tęsknoty ugięta

Krzycząca
Prastarą anabiozą
Serca
Śmiercią i Bólem skrępowanego
Wyciągnęła błagalnie dłonie
Które przebaczą

Szukająca
Strumieniami zakrzepłej
Krwi
Biel Niewinności plugawiącej
Zadeptała Jego oblicze
Własną rozpaczą

Będąc anielskim wcieleniem grzechem zbrukanym
Zawyła
Na wieki wieków PRZEKLĘTA.

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: Damned.
Kiedy: niedziela, 29 lipica 2007
O której: 01:22:28
komentarze [5]

Z serii: Naamah's Child.
Adnotacje: jestem studentką weterynarii we Wrocławiu.
Z wakacji: dzisiaj Nargilla z Konarcią i Ti. Mango. Rozkosznie drapała.
Wniosek: wiecie co? Nie znosze pustych dziewcząt, pchających nosy w nie swoje sprawy. Leczcie kompleksy kosztem innych. Ja nie mam czasu ani ochoty udowadniać wam, że każda z was jest NIKIM.

Wreszcie udało mi się je skończyć.
Plotki mają tę cudowną właściwość, że rozchodzą się w błyskawicznym tempie. Choć generalnie trudno znaleźć ich głównego autora i wielokrotnie prawda jest ostatnią rzeczą, której możemy się w nich spodziewać, to jednak z mistrzowską precyzją potrafią odnaleźć podatny na nie grunt. I to grunt niezwykle płodny. Ludzka ciekawość niczym najdoskonalszy z nawozów umożliwia tworzenie kolejnych małych zawiązków plotek, które połączone zostają w ten sposób w ogromną pajęczynę Codzienności. Gdy odsuniemy się nieco na dalszy plan, zauważymy, iż owa sieć tak naprawdę współistnieje z innymi, będąc elementem tkaniny zwanej Życiem.
Choć z natury jestem niezwykle powściągliwy i nieufny, to zdaję sobie sprawę, ludzie są niezwykle przydatni, szczególnie wygłaszając pewne kwestie zupełnie przypadkowo. Podobnie było i tym razem. Całym miastem wstrząsnęła seria wyjątkowo zaskakujących morderstw. Ofiary wybierane były z najwyższą starannością, każdy krok dokładnie przemyślany. Oprawca nie pozostawiał po sobie najdrobniejszych śladów, zręcznie wymykając się wszelkim organom ścigania. „Zawsze działa tak samo”, „Jeden morderca, dziesiątki ofiar” – krzyczały nagłówki gazet, które zwykłem czytać z pogardliwym uśmiechem na twarzy. Tym bardziej, że na to zasługiwały. Kto jak kto, ale ja zawsze wiedziałem o tym najlepiej. Wśród kolegów po fachu zasłużyłem na respekt i uznanie, z nonszalancją odrzucając różnorodne propozycje współpracy. Wydawało mi się, że osiągnąłem perfekcję w zabijaniu. Nie szukałem mistrza, będąc pewnym, że sam mogę stanowić wzorzec do naśladowania przez fanatyków. I wtedy zaczęły się morderstwa, których nie byłem w stanie rozszyfrować. Lata doświadczeń pozwoliły mi jedynie wysnuć parę wniosków.
Było ich kilku. Różnej płci, o czym świadczyły odbyte przez ofiary stosunki seksualne.
Nigdy nie działali identycznie. Subtelność jest podstawą wyraźnego rozgraniczenia.
Ludzie boją się mnie, a jednocześnie stanowię dla nich atrakcyjny przedmiot fascynacji. Nie na darmo nazywają mą osobę ‘Mistrzem Miasta’. Zdolności, które posiadam są doskonałym kamuflażem, sprawiającym, że mogę mieć każdą kobietę. Poruszam się bezszelestnie, hipnotyzuję wzrokiem, a to tylko niewielki odsetek w gąszczu nadnaturalnych umiejętności. Mimo to znam swoje miejsce i nigdy nie odważyłbym się igrać z najwyższymi siłami czystego, niczym nieskażonego Zła.
Zaintrygowali mnie, więc postanowiłem działać. Siatka mojej mocy otoczyła miasto, pozwalając błyskawicznie skanować cały jego obszar. Nie pozwolili mi długo czekać, wkrótce ich znalazłem i zlokalizowałem obszar, który zamieszkują. Ponieważ w tej sytuacji światło dzienne było moim sprzymierzeńcem, następnego poranka udałem się do usytuowanego w malowniczej scenerii budynku na obrzeżach miasta. Wierzby szumiały niezdarnie, swym spazmatycznym drżeniem ostrzegając mnie przed tym, co miało się wydarzyć. Lecz słowo strach nie istniało w moim słowniku. Zapukałem, otworzył mi ubrany na czarno mężczyzna. Choć jego głowę zdobił kaptur, niesforne kosmyki włosów pozwoliły mi zidentyfikować go jako bruneta. Zieleń jego oczu próbowała przenicować mnie na wylot, lecz to ja sprawiłem, że spuścił wzrok. Uśmiechnął się przy tym lekko.
- W czym mogę pomóc? – zapytał.
- Jestem Jean – Claude – odpowiedziałem spokojnie, jakby moje imię stanowiło kwintesencję wszelkich niedomówień.
- Ona czeka na ciebie – usłyszałem ze zdumieniem - Mówiła, że się zjawisz. Proszę, wejdź
Przekroczyłem próg domu pozbawionego choćby najmniejszego promyka światła, nie mówiąc już o świeżym powietrzu. Śmiertelni robią to w celach odblokowania czakramów, by bardziej wyczulić się na kontakt z zaświatami. Zawsze mnie to śmieszyło.
Powstrzymałem się jednak od komentarzy. Spojrzałem na swojego towarzysza.
- Jak cię zwą? – rzuciłem obojętnie.
- Charlie.
- To ksywka czy imię? – sarknąłem z rozbawieniem, jednak w oczach tego młodego mężczyzny śmiech zamieszkał w najgłębszym z zakamarków.
Kolejny napływ Mocy zdegradował tą sprawę do rangi rzeczy zapomnianych. Tajemnicza siła wzywała mnie nieubłaganie. Wyczuwałem ją bezbłędnie, z pewną dozą niepewności i zaskoczenia. Wraz z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej dostrzegalne było rosnące podniecenie Charliego. Miałem kontakt z fanatycznym świrusem, prawdopodobnie członkiem jakiejś pseudosatanistycznej sekty, dla którego Mistrzyni była o tyle nieosiągalna w rzeczywistości, co lubieżna w nocnych wytryskach. Świetnie.
Gdy zatrzymał się przed potężnymi drzwiami, spojrzał na mnie z zawiścią. No tak, spotkam ją. On nie. Byłem pewien, że w tej chwili zapragnął mnie zabić. Trudno. Bez wahania nacisnąłem klamkę.
Tak intensywne światło mogło oślepić człowieka, wykończyć przeciętnego wampira, ale nie kogoś takiego jak ja. Zdecydowanie bardziej wstrząsnął mną powiew prawdziwej Potęgi. Musiałem ją zobaczyć. I nie zawiodłem się. Widok, który ujrzałem sprawił, że perfekcyjnie wyrzeźbione i sprawne mięśnie zamieniły się w zeschnięte na proch wióry. Niezwykła, wręcz porażająca uroda? Idealna sylwetka? Promieniujący z przeraźliwą siłą sex – appeal? Ironiczny uśmiech? Nie zwiodły mnie. To była Ona. Setki razy wcześniej, gdy ironicznie wołała: „Na kolana!”, posłusznie wykonywałem jej rozkazy. Zbyt często marzyłem, by zwróciła na mnie uwagę w plątaninie czarnych korytarzy. Teraz siedziała tu, naprzeciwko mnie, przyglądając się ze znudzeniem. Czy ktoś był w stanie ją zaskoczyć?
- Witaj, Jean – Claude – szepnęła drapieżnie. Dźwięk jej głosu drapał moje biodra – Wiesz kim jestem, prawda?
Kiwnąłem głową, choć nie musiałem tego robić. Znała odpowiedź. Chciałem upaść do jej stóp, lecz niedbałym gestem mnie powstrzymała.
- Daj sobie spokój z tymi formalnościami. Szukałeś – jestem.
- Gdybym wiedział, że to Ty..
- Skończ – przerwała mi zdecydowanie– to, że nas znalazłeś zawdzięczasz tylko i wyłącznie mej łasce.
Wiedziałem o tym, lecz starałem się nie rozumieć.
- Dlaczego tutaj jesteś? – spytałem wreszcie.
- W celach rozrywkowych.
- By znaleźć sobie stado śmiertelników o satanistycznych zamiarach?
- Sataniści czy też nie, odpowiedzieli na moje wezwanie.
- Szukałaś ich?
- Casting na nadwornych błaznów już się zakończył. Przykro mi Jean – Claude. Nie otrzymałeś zaproszenia.
- Więc czego ode mnie chcesz?
- Formułujesz pytania, które powinnam ci zadawać. To bardzo rozsądne – zamruczała subtelnie – Myślisz, że tego nie zauważyłam? Przed obliczem mego ojca wszyscy pochylaliście głowy. Czułam strach. Jednak tylko Ty, ‘Mistrz Miasta’, król wampirów, miałeś czelność emanować w moim kierunku czymś jeszcze. Pożądaniem.
Spojrzałem na nią zachłannie. Jak zawsze, była bezbłędna.
- Dla Lucyfera zawsze będziesz ulubienicą – odpowiedziałem, siląc się na swobodę.
- Owszem – potwierdziła kpiąco – Tatko mnie rozpieszcza. Lecz dopiero niedawno udało mi się go zrozumieć.
Odchyliła głowę do tyłu, kruczoczarne włosy kaskadą spłynęły na lubieżnie odsłonięte plecy. Zrobiłem krok w jej kierunku. Wtedy ujrzałem tą cudna twarz tuż przed sobą. Jej budzący pożądanie zapach przyprawiał o dreszcze. Pragnąłem. I to cholernie.
- O Pani – szepnąłem w natchnieniu – Pozwól mi służyć Ci na każdym kroku.
- Znowu to samo. Nikt nigdy mi się nie oparł – skomentowała wzdychając z rozbawieniem - Wiesz dlaczego? Bo jestem panią samej siebie.

Gdy chwilę później w oszołomieniu skorzystałem ze swoich umiejętności teleportacyjnych i znalazłem się przed budynkiem, wierzby zaszumiały z wyrzutem. Przecież ostrzegały. Lecz ja już zrozumiałem, że gdzieś tam, wewnątrz, przebywa owa cudowna istota, najdoskonalsze dzieło upadłego anioła i potężnej demonicy. Naamah, królowa mego życia i śmierci, bogini moich zmysłów i pragnień. Mój początek i koniec, do którego zawsze będę wracać, choćby własna krew miała być plotką niszczącą pajęczynę.

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: Droga Krzyżowa.
Kiedy: sobota, 23 czerwca 2007
O której: 15:56:27
komentarze [7]

Stacja V: '.. (...) ociera twarz ..(...)'.
Adnotacje: generalnie nic nie uległo zmianie. Waga po raz kolajny została uszczuplona. No pieknie. BMI: 15,57. Ale skończmy z tymi standardowymi smętami.
Wakacje się zaczęły. Czuję je od miesiąca. Za 6 dni wyniki matur. Nieco stresujące.

Gdzieś
Pomiędzy płótnem prawdy a sztalugą oszczerstw
Zatonę w Twym spojrzeniu

Kroplą krwi osuszasz
Moje
Idyllicznie wyalienowane
Myśli

Pustynną burzą
Wnikasz w moje ciało
Palcami przebaczenia
Zbudujesz tu swój zamek z piasku

Nie,
Nie odejdę.

Tak,
Przybyłam tu dla Ciebie.

Nie wiem
Czy się boję.

Ale zostanę.

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: *** (Otwórz oczy..).
Kiedy: piątek, 1 czerwca 2007
O której: 23:10:06
komentarze [13]

Z serii: Poezja zainspirowana.

Adnotacje: Dlaczego? Staję się monotematyczna.
Poza tym: Gubię się w tym wszystkim. Istnieję po drugiej stronie lustra, tyle nierealna, co zaskakująco obecna. Czego wy ode mnie chcecie? Ludzie, kim jesteście, by rościć sobie prawo do ingerowania w moje życie? Rodzice postawili mi ultimatum. A ja, do jasnej cholery, nie zamierzam skończyć na oddziale. Ale przytyć 7,5 kg (rodzice myślą, że 6 kg)? Nigdy siebie nie zaakceptuję.


Otwórz oczy, Królewno, w wielkim zamku ze złota
Otulona przez rozpacz, przez strach zapomniana
Głodem żołądek skleja, skręca się w wymiotach
Ach, krzyczy, woła, jęczy wciąż - Przegrana.

Spójrz na mnie, gdzie uciec chciałaś?
Przede mną nie znajdziesz ratunku żadnego
Choć koronę mej władzy z głowy zerwałaś
Ja berłem rozoram dno sumienia Twego.

Chodź, pokażę Ci, ile żeber potrzeba
By zasłużyć na cień mego uśmiechu
Niech przebijają skórę niczym otchłań nieba
Grzmoty najdziksze zamarłe w bezdechu.

Obudź się wreszcie, niech pergamin skóry
Drga cicho, ukazując prawdy wątłe kości
Niech moje słowo w końcu zburzy mury
Zapsypie spojrzenia pełne ludzkiej litości.

Stańmy przed lustrem, dokonaj rachunku
Ilu setek kalorii pozbyć się musisz
By już nie było dla Ciebie ratunku
By pójść drogą, z której nie zawrócisz.

Stańmy przed lustrem, przeprowadź badania
Ilu gram jeszcze Ci do mnie brakuje
A liczniki i diety powrócą z zesłania
Które jak narkotyk myśli Twoje truje.

Czekają na Ciebie tabletki, ćwiczenia
Bez których nigdy nie osiągniesz celu
W sieci miraży goniłaś marzenia
A ze mną u boku osiągnęło je wielu.

Nic do mnie nie mówisz.. co się z Tobą dzieje?
Wstań szybko, Królewno, oczyść umysł i ciało
Twa głowa bezwładnie w mych ramionach mdleje
Nie wierzysz IM chyba, że ważysz za mało?

***

Słaba i głupia. Następna przegrała.
Determinacja aż po śmierć ją zawlekła
Ja swą siłę, ona duszę dała
I samej siebie dla mnie się wyrzekła.

I jeśli kiedyś przed Twym lustrem stanie
Istota władcza, idealna, podstępna
Zamieszka w krwawej duszy Twojej ranie
Uważaj, Królewno, będziesz następna.

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.


Utwór: Ofiara.
Kiedy: piątek, 18 maja 2007
O której: 21:36:06
komentarze [7]

Z serii: Naamah's Child.

Adnotacje: A, tak mnie wzięło.
Dzisiejszy jadłospis:
1. Śniadanie- zielona herbata (szklanka, bez cukru).
3. Obiad: Spory fragment kalafiora, 1 ziemniak, kawałek jajka sadzonego.
4. Kolacja: 1 grzanka, kawałeczek żółtego sera, ćwierć kabanosa z łososia (drugą grzankę i resztę sera zjadł pies).
Poza tym: stęskniona jestem za moim mężczyzną, który wraca dopiero w niedzielę.

Płomień świecy wyuzdanie i z pewną dozą lubieżności lizał końcówkę knota, wtopionego w czarny wosk, a właściwie to, co po nim pozostało. Już dawno zapadł zmrok. Mimo to, okno pogrążonego w ciemnościach mieszkania nadal było otwarte. Uliczny szum powoli zamierał.
Nie czuł zimna, choć październikowe powietrze dawało ku temu jak najlogiczniejsze powody. Oparł czoło o lewą dłoń, w prawej z uporem trzymając swoje ukochane pióro. Jego zmysły były wyostrzone maksymalnie- choć skupiony na pisaniu, wsłuchiwał się intensywnie w dźwięki, które niósł mu zmrok. Czy właśnie dzisiaj przyjdą po niego? Mimo wszystko, chciał być przygotowany. Końcówką pióra podrapał się po brodzie. Jak trudno mu było kreślić kolejne słowa. Jego kolejne dzieło miało być inną niż pozostałe, bardziej realistyczną psychomachią. Bieżące wydarzenia powinny jeszcze bardziej inspirować go do pracy.
Wiatr brutalnie wdarł się do mieszkania, uprzednio szeleszcząc namiętnie ogołoconymi gałęziami. ‘Fiodorze, Fiodorze’ zawodził sennie, otulając mężczyznę swym urzekającym powabem. Uległ mu z zadziwiającą łatwością, zapominając, że iluzja tworzy prawdę.
Całkiem realny, ociekający seksualną prowokacją głos odezwał się ponownie, tym razem znacznie głośniej.
- Fiodorze.
Drgnął, odrywając pióro od zapisanego do połowy, wielokrotnie pokreślonego arkusza papieru. Jednak nie odwrócił głowy, zbyt dobrze znał owe nawołujące go często głosy, zwiastuny kolejnego ataku choroby. Pochylił się ponownie, tworząc kolejne słowa. „Strzępki i urywki jakiś myśli wirowały mu w głowie..”.
- „.. jednak żadnej nie potrafił uchwycić, żadnej pomimo wysiłku nie potrafił przytrzymać..”
* – ów głos, tym razem skutecznie, wprawił go z niemałe zdumienie. Przeklinając pod nosem własną naiwność, spojrzał za siebie.

Otulona aura ciemności czarna sylwetka kobiety siedziała na parapecie jego okna. Wiatr igrał pomiędzy jej włosami. Założyła nogę na nogę, wyuzdanie eksponując zgrabną łydkę.
Włos zjeżył mu się na głowie. Siląc się na spokój, próbował zapanować nad emocjami.
- Witam – powiedział uprzejmie.
W odpowiedzi przechyliła figlarnie głowę, więc kontynuował.
- Nie przypominam sobie, żebym spodziewał się gości.
- I słusznie- mruknęła cicho. Wibrujący szept przeszedł ognistym dreszczem wzdłuż linii jego kręgosłupa, by radiacyjnie opaść na pośladki i podbrzusze.
- Więc czemu zawdzięczam twoją wizytę?
- Ah, Fiodorze Michajłowiczu – zaśmiała się – naprawdę wierzysz w celowość losów tego świata? Ty, który kajdany zbawienia wkładasz w ręce kobiety?
Wstał nazbyt gwałtownie, od czego zakręciło mu się w głowie. Tajemnicza istota w sposób bliżej mu nie zarejestrowany znalazła się tuż przed nim. Płomień powoli dogorywającej świecy oświetlił jej twarz, której niesamowite piękno zapierało dech w piersiach. Oszołomiły go subtelne rysy cudownej urody, będące synestezją orientu i antycznej klasyki, perfekcyjności i pozaziemskości. Jej oczy płonęły prastarym ogniem, który budził fascynację lecz także przerażenie. Po ścianach pełzały cienie, których motoryka i kształt wyzwalały pierwotny lęk, najprymitywniejsze instynkty, potęgowały przerażenie. Mimo to pragnął jej dotknąć, poznać, zasmakować. A ona doskonale o tym wiedziała. Nachyliła się.
- Pisz dalej swoje dzieło – szepnęła mu do ucha – Dam ci natchnienie w zamian za wieczne pożądanie. Odtąd nigdy nie zaznasz spokoju.
- Kim jesteś? – wychrypiał prawie niedosłyszalnie.
- Tą, której się obawiasz. Tą, którą boisz się, że jestem.
Spojrzał na nią z namysłem.
- Mam być kolejnym Mefistofelesem?
- Kolejnym, którzy przegra za cenę zwycięstwa.
- A jeśli nie przyjmę twojej propozycji?- zapytał zaczepnie.
- Ludzie, wszyscy jesteście tacy naiwni - prychnęła pogardliwie i odsunęła się od niego.
Podeszła do okna, wyjrzała przez nie, wreszcie utkwiła w nim swój wzrok. Uśmiechnęła się ironicznie.
- Ja nie proponuję. Ja oznajmiam.
Najpierw dłonie, stopy, potem ręce i nogi, aż wreszcie całe ciało rozmyło się w ciemnościach. Oczy rozjarzyły się czerwienią, która niczym krwisty wybuch orgazmu oblepiła jego zmysły.

‘Fiodorze, Fiodorze’ zaszumiał wiatr, gdy ponownie podniósł powieki. Leżał na podłodze przy swoim biurku. Za oknem czerń rozlała się niczym atrament. Był sam. Podniósł się, otrzepał, wciąż nie mogąc powstrzymać drżenia rąk. Nie wiedział, czy to, co go spotkało było prawdą, czy ledwie iluzją, przedziwną projekcją mózgu podczas kolejnego wyjątkowo intensywnego ataku padaczki. Wciąż jednak widział jej twarz. ‘Skończę swe dzieło. Tak, teraz widzę wyraźnie drogę, którą podąży me pióro’ pomyślał, patrząc w zadumie w pustą przestrzeń za oknem ‘Lecz potem opuszczę Petersburg, by poznawać świat i sens ludzkiego istnienia. Aż w końcu cię znajdę’.

* Fragment ‘Zbrodni i Kary’, cz. 1, ostatnie zdanie, w tłumaczeniu Czesława Jastrzębca - Kozłowskiego.

Jestem wredną suką, ale akurat to wychodzi mi najlepiej.
Naamah's Child.






Psyche.
Touch.
See.



About me.
Kwestionariusz Prousta.
Fav.

You're the . deviant.

Stanowczo stwierdzam, że poezja i proza tutaj zamieszczona jest absolutnie i tylko wyłącznie moja. Utwory pogrupowałam na kilka kategorii, które usprawnią czytanie i zrozumienie. Liczę na szczerą krytykę.
Wszelkie kopiowanie, tudzież inne jego formy, bez zgody autora- zabronione.

Proza zainspirowana.
Pasożyt.
'Mord dokonany'.
Smutek spełnionej baśni.
'Innowacyjny schiz'.
'Przedwiośnie'.
*** (Szedł Lucyfer..).

Poezja zainspirowana.
'Schiz'.
Atawizm.
Spazm.
'Już północ'.
*** (Otwórz oczy..).
'Syrena'.
Ciężar.
Upadek.
'Ramiona nocy'.
'Pogrzeb duszy'.
*** (Szedł Lucyfer..).
'Już północ'.
Dziwka.
'Holocaust duszy'.
Bez przyszłości.
Ona.
Temptation.
'Pantera'.
'Nekromantka'.

Erotyki.
Receptor.
'Stworzenie świata'.

Cykl 'Naamah's Child'.
Upadek.
Wizyta.
'Desire'.
Just feel.
'Dreaming'.
Upadek.
Damned.
'Veni, vidi..'.
Damned.
'Ageless'.

Cykl 'Droga krzyżowa'.
Stacja V 'Szymon Cyrenejczyk pomaga nieść krzyż..'.
Stacja III '.. pada pod krzyżem po raz pierwszy'.
Stacja I '.. na śmierć skazany'.
Stacja II '.. bierze krzyż na swoje ramiona'.
Stacja VI: " (..) Ociera twarz".
Stacja XIV ".. do grobu złożony'.
Stacja IV '.. spotyka matkę swoją'.

Cykl 'Siostry Odrodzenia'.
Epilog.
I
III
II



Eros.

aishia-darkankhettijamischudnem-v

Belong to:



Don't look back.
2007
kwiecień (3)
maj (3)
czerwiec (2)
lipiec (1)
wrzesień (1)
listopad (1)
grudzień (2)

2008
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (1)
maj (1)
czerwiec (1)
sierpien (1)
październik (1)



Layout: Me.
For: Naamah's Child.
Time: Few hours.
Music: Within Temptation 'Cross'.
Lyric: Flyleaf 'Breathe Today'.
Picture by: Szefer:*.
All rights reserved.